|
Archiwum
Zakładki:
|
sobota, 28 stycznia 2012
Zostać milionerem
Co ciekawe, jeśli w pobliżu jest ktoś w "dojrzałym” wieku, zwykle reaguje wręcz panicznie. Młodzi nie lepiej, może mniej emocjonalnie, ale na ogół słyszę: "nie, nie, po co”. Trochę nie rozumiem takiej reakcji. Dlaczego od razu blokować się na możliwość zostania milionerem? Przecież to nic złego. Większość ludzi (prawie wszyscy, a może wszyscy) chce sobie poukładać życie materialne, po prostu dorobić się. Skąd więc ta panika? Na dodatek słyszę od chętnych na wygranie miliona w totka, że oczywiście część przeznaczyliby na biednych. Tak właśnie wyobrażam sobie przyszłość tego kraju: lepiej, żeby w nim było dużo milionerów niż wielu ubogich. Powtarzam pytanie: skąd więc ta panika? Chyba mamy wrodzony lęk (czytaj: zaprogramowany w PRL-u), by przyznać się przed sobą do pragnienia sukcesu. Jakbyśmy sobie obrzydzali samą możliwość odniesienia sukcesu, bojąc się, że być może nie uda nam się go odnieść. Tak jak w bajce Lafontaine’a: lis miał ochotę na słodkie winogrona, ale były za wysoko. Nie mógł doskoczyć. Więc stwierdził, że są na pewno kwaśne i odszedł dumny ze swojego odkrycia. Czy bycie milionerem ma "kwaśny” posmak? Może trzeba najpierw tego spróbować. Przecież w każdej chwili można ten milion rozdać. Nie sądzę również, by zarobienie miliona oznaczało więcej pracy niż przyniesienie do domu zwykłej pensji. Duże pieniądze nie wynikają z tego, że ktoś pracuje więcej, ale inaczej. Zatem chciałbym zacząć program promujący wartość stawania się milionerem. Ks. Jacek WIOSNA Stryczek
wtorek, 24 stycznia 2012
piątek, 20 stycznia 2012
Fatalna lokalizacja
Starsza pani narzekała, że nie stać jej na utrzymanie mieszkania (może miało z 60 mkw.). Była sama, a czynsze szły w górę. Biznesowo trochę mnie to zaskoczyło. Jej mieszkanie miało dość dużą wartość rynkową, a z powodu mieszkania ubożała. Trudno mi osądzać, ile jeden człowiek potrzebuje miejsca, ale na pewno zamiana na mniejsze mogła podnieść komfort jej życia. Zamiast tracić, mogła sporo zyskać. Ta bariera mentalna została wtedy pokonana. Takich osób było więcej i w ciągu może dwóch lat problem zniknął. Rozumiem, że wiele osób zdało sobie sprawę, jaki kapitał jest ulokowany w mieszkaniach, które posiadają. Teraz, odwiedzając rodziny, spotykam się z innym problemem. Centrum Krakowa to stare budownictwo. Duże, wysokie mieszkania, grube mury. Trudno je ogrzać. Czynsze cały czas rosną. I mieszka w nich sporo starszych osób. Nie są właścicielami tych mieszkań; część z nich to mieszkania komunalne. Widząc równocześnie łzy i okropnie zagrzybione ściany, szukam rozwiązania. Do tego rosnące czynsze. No tak, czynsze rosną ze względu na wartościową lokalizację. Dużo osób chce mieszkać blisko centrum. Ostatnio widać, że jest to ulubione miejsce studentów. Ludzie, którzy chcą tu mieszkać, mają więcej pieniędzy, stać ich na czynsz i na remont, i na ogrzewanie. Czy nie należałoby więc po prostu dokonać zamiany? Wielu starszym osobom wystarczy zapewne małe, ale suche i ciepłe mieszkanie, bez konieczności palenia w piecu. Czy miasto Kraków nie powinno stworzyć takiej właśnie strategii, ratując w ten sposób wiele osób i jeszcze na tym zarabiając? Ks. Jacek Wiosna Stryczek
poniedziałek, 16 stycznia 2012
piątek, 13 stycznia 2012
Zwinna aplikacja
Przeglądając ostatnio materiały szkoleniowe odnośnie tworzenia dobrych programów natrafiłem na takie zdanie: „Jedynym pewnikiem w procesie wytwórczym oprogramowania jest ZMIANA”. Wywołało to we mnie i radość, i złość. Radość – ponieważ od dawana czułem, że nowoczesne systemy powinny być elastyczne, otwarte na zmianę. Złość – ponieważ spotkałem sporo firm informatycznych, które wmawiały mi, że robi się raz i potem tego się nie zmienia. W ten sposób owe firmy chciały mi sprzedać informatycznego bubla. Mówiąc po prostu: wszystko się zmienia, a systemy nie? Temat jest wart przywołania, ponieważ odkrycie dokonane w społeczności informatyków ma niemal proroczy charakter. Informatycy są na czele współczesnej cywilizacji i w dużej mierze ją kreują. Dlatego transponując ich odkrycie powiedziałbym: jedyną pewną rzeczą, która nas czeka jest zmiana. Odpowiedzią na pewnik zmian jest tzw. zwinna aplikacja, czyli taka, którą można łatwo zmieniać, modyfikować. „Zwinna aplikacja” – to niesamowicie proste sformułowanie, które powinno jasno wskazywać nam przyszłość. Na przykład odnośnie nauki. Jak należy się kształcić? Proste: wiedza powinna mieć charakter „zwinnej aplikacji”. Czyli trzeba mieć taką wiedzę i tak trzeba umieć się uczyć, by znowu móc się uczyć i zdobywać nową wiedzę. Ludzie, którzy nie uczą się uczyć, skazani są na porażkę. Zmiana sprawi, że ich wiedza zdezaktualizuje się. A tak naprawdę „zwinna aplikacja” to cała filozofia życiowa. Ks. Jacek Wiosna Stryczek
poniedziałek, 09 stycznia 2012
sobota, 07 stycznia 2012
piątek, 06 stycznia 2012
Lekarz – zawód z powołaniem
Przez osiem lat byłem duszpasterzem Collegium Medicum UJ i mogłem jakby od środka zobaczyć, co się dzieje w "duszy” przyszłych lekarzy. Już na tym etapie widać było dwa różne punkty wyjścia: lekarz jako powołanie, jako forma życia ofiarowana potrzebującym. I lekarz jako świetny zawód z prognozą wysokich zarobków. Patrząc na działania NFZ, wydaje mi się, że na pierwszym planie jest jednak zawód: płacę, więc wymagam. Płacę, więc wymagam buchalterii. Nawet premier raczył postraszyć lekarzy, mówiąc, że popracuje nad konsekwencjami. Konsekwencjami czego? Czy zajmowanie się tym, czy pacjent jest ubezpieczony i tym, jaki jest stopień refundacji leku, należy do istoty pracy lekarza? Czy lekarz ma stać się po prostu jednym z urzędników? Generalnie wygląda na to, że lekarze powoli przestają leczyć i zaczynają zarabiać na życie tym, że wypełniają dokumentację medyczną. Czyli jednak zawód. Długie i wymagające studia po to, aby zdobyć prawo do wysoko płatnej pracy przy papierach. Studenci medycyny, z którymi pracowałem, właśnie stają się lekarzami. Wciąż zachwyca mnie to, z jaką pasją chcą się rozwijać. Jak szukają najbardziej wymagających oddziałów szpitalnych, zespołów lekarskich, w których praca nastawiona jest na dobro pacjenta. Wypracowują obowiązkowe godziny, ale chcą więcej. Już jako "wolontariusze” zostają w szpitalu po godzinach. W końcu chodzi o ich powołanie. O sens życia. Jednak mają alternatywę. Mogą się ustawić i zająć spełnianiem coraz większych wymagań urzędników. Taki zawód. We mnie jednak od lat jest pytanie: czy w polskim systemie służby zdrowia możliwa jest praca lekarza z powołaniem? I komu na tym zależy? Ks. Jacek Wiosna Stryczek
piątek, 30 grudnia 2011
Nieszczęsne recepty
NFZ zbiera i kojarzy dane o działaniach lekarzy oraz historii leczenia pacjentów. Po co? Oczywiście, w celach kontrolnych. Chodzi o wykrywanie nadużyć. NFZ stworzył też taryfikatory kar. Na przykład farmaceuta może wydać refundowany lek tylko wtedy, gdy jest wypisany na recepcie wyraźnie. Tyle tylko, że nikt nie wie (czyli przepisy nie wiedzą), kiedy jest wyraźnie, a kiedy nie. Farmaceuta może przeczytać, ale kontroler nie. I kara. Cały czas powstaje i rozwija się system, którego trzeba się bać. Boją się też lekarze, gdy na przykład niewłaściwie zaklasyfikują pacjenta. I kara. W tym wszystkim nie rozumiem jednej rzeczy. Jeśli jest system kontrolny, dlaczego nie zostanie zamieniony na system organizacyjny. Skoro do systemu i tak trafiają wszystkie dane, dlaczego nie ma ich od początku. Pacjent przychodzi do lekarza i na ekranie komputera od razu widać, czy jest ubezpieczony, na co choruje, jakie miał badania oraz jakie i ile leków już wziął. Lekarz bada i stawia diagnozę. Przepisuje leki – czyli od razu wprowadza receptę do systemu informatycznego. Nie musi starać się pisać wyraźnie, bo farmaceuta widzi w systemie, jakie lekarstwa ma wydać. Zamiast systemu represyjnego powstaje system wspierający proces leczenia. Tak działa to już w wielu krajach. W tym wszystkim jest ta jedna jedyna różnica – zamiast na końcu, zbiera się i zanalizuje dane na początku. Dlaczego do tej pory nie mamy takiego systemu, mimo że farmaceuci wprowadzają dane do systemu od wielu lat? Nie wiem. I tylko boję się dziedzictwa PRL-u, gdzie zawsze lepiej było kontrolować, niż pomagać. Ks. Jacek Wiosna Stryczek
piątek, 23 grudnia 2011
Biznes i ideały
Tak prosto nie udało mi się jeszcze nigdy oddać atmosfery świąt Bożego Narodzenia. Ostatnio jedna z dziennikarek politycznych, gdy o tym mówiłem, po chwili namysłu stwierdziła: – Dawno nie słyszałam słowa „ideały”. Jeden z moich znajomych nagle stwierdził: – Mój ojciec jest biznesmenem i stara się podejmować dobre i mądre decyzje. Gdybyś mu zadał pytanie o ideały, chyba nie wiedziałby, co powiedzieć. I ja mam takie wrażenie, że świat ideałów przestał istnieć. Między innymi dlatego napisałem list motywacyjny o wrażliwości społecznej. Denerwuje mnie, gdy wszystko jest doraźne, polityczne, konsumpcyjne i chwilowe. Ja nie rozumiem, jak można żyć po to, aby mieć pieniądze. Albo władzę. Nie rozumiem, jak to może ludziom wystarczyć. Przynajmniej dla mnie pytanie o sens życia, o sens tego wszystkiego jest fundamentalne. Nie potrafię żyć bez sensu. Już wiele razy zmuszano mnie, abym żył bez sensu: rób to czy tamto. Nie zastanawiaj się, czy to ma sens. Rób, kupuj, zdobywaj. Presja na życie bez sensu jest ogromna. Wiem, że wielu ludzi, których spotkałem, mnie nie rozumiało. A ja odpowiadam: – Ja nie rozumiem Was. Ja nie rozumiem, jak tak można. Jak można przed świętami uznać zakupy za najważniejsze? Jak można robienie pieniędzy uczynić życiowym celem? Jak można sprzedać wszystko dla władzy? Wciąż czuję się wolnym człowiekiem i rozumiem to prosto: mogę ideały zamieniać w czyn. To ciekawe, że badania nad biznesem pokazują, iż ostatecznie zwyciężają ludzie, którzy mają wizję. A w życiu ci, którzy mają ideały. Zapraszam na pasterkę w intencji ludzi SZLACHETNEJ PACZKI do kościółka św. Benedykta na Podgórzu w Krakowie. Idealiści – łączcie się!!! Ks. Jacek WIOSNA Stryczek http://www.dziennikpolski24.pl/pl/po-godzinach/felietony/wiosna-biznesu/1200062-biznes-i-idealy.html |