Menu

Ks. Jacek Stryczek

Ksiądz Jacek WIOSNA Stryczek - duszpasterz akademicki, duszpasterz ludzi biznesu. Pomysłodawca, współzałożyciel i prezes Stowarzyszenia WIOSNA. Znany z nowatorskich pomysłów ewangelizacyjnych, PR-owiec, promotor CSR. Ks. Jacek Stryczek od lat wychowuje i uczy mądrze pomagać innym kolejne pokolenia młodych duchem ludzi. Przez wiele lat był duszpasterzem akademickim w kolegiacie św. Anny w Krakowie. Następnie prowadził duszpasterstwo dla studentów medycyny z Collegium Medicum. Od 2007 roku - Duszpasterz Ludzi Biznesu. Obecnie jego wychowankowie kształtują swoją duchowość i rozwijają się pod jego opieką we Wspólnocie Indywidualności Otwartych.

Kapitalizm

mr.przemek

Ze zdziwieniem przeczytałem, że Andrzejowi Sadowskiemu kapitalizm kojarzy się z wolnością i gospodarnością (przedsiębiorczością). Skąd to zdziwienie? Bo nawet gdy brałem niedawno udział w wielkiej debacie na temat kapitalizmu, to kapitaliści, dziennikarze i prawie wszyscy w domyśle rozumieli, że kapitalizm to tylko i wyłącznie przebrzydli kapitaliści i skrzywdzone masy.

Wydaje mi się, że wciąż nie doceniamy kalek kulturowych, które zostały w naszych głowach po PRL-u. Łącznie z moją, bo chyba po prostu wyparłem słowo kapitalizm z mojego systemu myślenia. Na wszelki wypadek nie używają go też moi studenci. 

Co ciekawe, tak samo jak Andrzej Sadowski uważam, iż nie ma już kapitalizmu. Tyle tylko, że obaj budujemy swoje tezy na zupełnie różnych przesłankach. Prezydent Centrum im. Adama Smitha uważa, że jest tak dużo regulacji i ograniczeń, iż nie możemy już mówić o wolności gospodarczej. Ja zaś uważam, że dzisiaj kapitał nie ma tak dominującej roli. Żyjemy obecnie w epoce start-upów, które wciąż rewolucjonizują nasz świat. 

W jednym z tekstów znanego ekonomisty znalazłem próbę zdefiniowania kapitalizmu przez analizę jego etymologii. Źródłosłowem jest łacińskie słowo capitale, utworzone od caput, czyli głowa. Innymi słowy, gdy pozwolono ludziom myśleć i kombinować, to poprawili nie tylko swój los, ale wielu innych.

Takie podejście jest mi bardzo bliskie. Wierzę w siłę ludzkiego myślenia, wierzę w to, że wystarczy ludziom pozwolić, a sami poradzą sobie w życiu. Że nie należy ich rozleniwiać, bo wtedy nie chce im się myśleć. W mojej wieloletnie pracy ze studentami najtrudniejsze było wyprowadzić ich ze skostniałych systemów myślenia i pokazanie, jak wiele zależy od ich własnej inwencji.

Ks. Jacek WIOSNA Stryczek

http://www.dziennikpolski24.pl/felietony/a/kapitalizm,12292664/

Dla kogo bije dzwon

mr.przemek

Mieszkam obecnie w małej miejscowości w Alpach. Wystarczy otworzyć okno, by usłyszeć dzwony. Wariantów jest dużo. Co godzinę. W południe. Wieczorem wiele razy.

Rozumiem, że to jest rozwiązanie przyjęte przez lokalną społeczność i przyjmuję to tak samo jak góry, pośród których mieszkam. Zastanawiam się jedynie, dlaczego ktoś ma potrzebę dzwonienia. Dlaczego to jest dla niego ważne i co chce w ten sposób osiągnąć. 

Wyobrażam sobie, jak to mogło być kiedyś. Ludzie od rana szli w pole. Nie mieli zegarków. Dzwon porządkował czas. Czasy jednak się zmieniły. Mamy inny rytm życia, mamy zegarki. Wokoło jest dużo hałasu. Po co, czemu, dlaczego? Tu, gdzie mieszkam, więcej osób chodzi do restauracji niż do kościoła. Czy to jest wołanie - jestem tu? Albo symboliczny znak władzy - dzwonię, bo mogę? Lub tradycja, która nie znajduje nowego wyrazu? 

Rozumiem, że artystycznie można zadzwonić raz. Jeśli jednak tak jest codziennie, to musi mieć głębszy sens. Jak ja się w tym odnajduję? Przede wszystkim nie lubię hałasu. I odwrotnie. Nie śmiałbym kogoś męczyć hałasem, który produkuję. Nie cierpię narzucać się ludziom. 

Oczywiście, mogą odkryć mnie, mogą odkryć to, w co wierzę. Nie muszą. Przez całe życie pracuję nad tym, aby swoje życie uczynić wartościowym. Wtedy to jest propozycja, a nie narzucanie się. I, moim zdaniem, to jest strategia dla kościołów: w środku powinny dziać się tak wartościowe rzeczy, żeby nie trzeba było wciąż przypominać o swoim istnieniu. 

Ks. Jacek WIOSNA Stryczek

http://www.dziennikpolski24.pl/felietony/a/dla-kogo-bije-dzwon,12268283/

Jak widzę górę, muszę na nią wejść

mr.przemek

Pisząc ten tekst, widzę przed sobą góry. Z jakiegoś dziwnego dla mnie powodu, góry są dla mnie ważne. Bo właściwie, dlaczego teraz spędzam czas w górach, a nie nad wodą?

Mam tak, że jak widzę górę, to muszę na nią wejść. Tak było choćby na Korsyce. Najwyższym szczytem na tej górzystej wyspie jest Monte Cinto. Ponieważ wiedziałem, gdzie jest i byłem w jej pobliżu, to też musiałem na nią wejść. Zaskoczyła mnie długość podejścia na szczyt, dlatego byłem tam równo o zachodzie słońca. Skomplikowało mi to powrót, ale nie wyobrażałem sobie, że mógłbym w czasie podejścia wycofać się. Z niezrozumiałego dla mnie powodu czerpię ogromną satysfakcję z podchodzenia pod górę. 

Zupełnie odwrotnie niż mój znajomy, który lubi plaże. Nawet nie wodę, ale plaże. Wypoczynek bez wysiłku. Patrząc na góry, zastanawiam się, dlaczego aż tak się różnimy. On lubi wypoczynek bez wysiłku, a ja czerpię satysfakcję z wysilania się. Czy mamy to od urodzenia? Czy to są wrodzenie preferencje? Czy może jest to wybór życiowy? Osób, które jeśli mogą, to się nie wysilają, jest coraz więcej. W górach jest coraz luźniej. Czy rodzi się coraz mniej ludzi, którzy lubią góry i wysiłek? Czy może zmieniły się preferencje życiowe?

Skoro można przeżyć życie bez wysiłku, to czemu nie… Szczerze powiedziawszy, wszędzie obserwuję postępujące lenistwo. Zagranie meczu w grze komputerowej wymaga mniej wysiłku niż wejście na boisko. Granie w gry, zakupy, plaża - to też zajęcia. Gotowanie i jedzenie to też zajęcia, a może i wysiłek. Czy powinienem te dwie alternatywne wizje życia zestawiać ze sobą i je wartościować? Nie gram w gry, lubię dobre jedzenie, czasami sobie gotuję, lubię pływać i wciąż wchodzę pod górę. Tak. Uważam, że należy te dwa style życia zestawiać i oceniać. 

Ks. Jacek WIOSNA Stryczek

http://www.dziennikpolski24.pl/aktualnosci/a/jak-widze-gore-musze-na-nia-wejsc,12247339/

Zużycie człowieka

mr.przemek

Obserwacja, którą chcę się podzielić, nie jest skończona. Samo zjawisko „zużycia” wciąż mnie jednak zaskakuje i zastanawiam się, co z tym zrobić. Mam tu na myśli osoby, które mają czterdzieści lat, czasami więcej i funkcjonują tak, że każde dodatkowe obciążenie, a nawet zwykły problem już je wykańcza.

Wydaje mi się, że można to zjawisko sprowadzić do dwóch modeli. Pierwszy polega na tym, że w głowie takiego człowieka krąży tak dużo myśli, tak dużo lęków i niepokoju, że każda dodatkowa informacją powoduje panikę. Dla mnie jest to styl życia „na aferę”. Wyobrażam sobie, że myśli krążą po głowie tak jak koło zamachowe i z czasem zużywają się łożyska. I widać to szczególnie wtedy, gdy pojawia się dodatkowy stresor. Przeciążenie blokuje możliwość normalnego myślenia. 

Drugi model mam mniej przemyślany. Zjawisko objawia się specyficzną bezmyślnością. Nie wiem, czy w takiej głowie jest dużo, czy mało myśli. Na pewno jednak widać, że takiemu człowiekowi trudno przyswajać nowe informacje, że ma mało informacji i trudno mu jest się dostosować do nowej sytuacji. 

W obydwu modelach konsekwencje są podobne: taki człowiek, choć wciąż jest młody, żyje resztkami sił, raczej obok życia niż pełnią życia. Raczej walczy o przetrwanie, niż kreuje swój świat. Wciąż zastanawiam się, jak do czegoś takiego mogło dojść. Mam dwa tropy. Pierwszy mówi o tym, że każdy ma w sobie stresy i nadmiar emocji. Jedni jednak pracują nad tym, gdy jest na to czas. Przecież, gdy jesteśmy młodsi, wszystko jest prostsze, mamy więcej sił i niejedno potrafimy wytrzymać. Z biegiem czasu zwiększa się zużycie, a możliwości maleją. Drugi trop wynika raczej z tego, że ktoś nie używa swojego umysłu. Bazuje na podstawowych instynktach, które podpowiadają mu, co ma dzisiaj zrobić. Jutra nie ma. Zużyty człowiek. Smutne zjawisko.

Ks. Jacek WIOSNA Stryczek

http://www.dziennikpolski24.pl/aktualnosci/a/zuzycie-czlowieka,12225613/

Jeśli umrę

mr.przemek

Właściwie w życiu pewne jest tylko jedno: to, że umrę. Nie rozumiem więc, dlaczego ludzie planują swoje życie, nie biorąc od początku pod uwagę tak znaczącego faktu. Nawet w przysiędze małżeńskiej pada stwierdzenie: ślubuję ci miłość aż do śmierci. Innymi słowy, od początku małżeństwa należy przygotowywać się do rozstania.

Od jakiegoś czasu zastanawiam się nad tym, dlaczego większość ludzi o tym nie myśli. Obserwuję ich. Wydaje mi się, że wynika to z naszej biologii. Jesteśmy zaprogramowani przez proces ewolucji do tego, aby żyć i przekazywać dalej swoje geny. Mamy naturalne siły życiowe, pęd do podbijania świata. Chce nam się, choć nie wiemy, czemu nam się chce. I to ten swoisty motor napędowy popycha nas do przodu. 

Ów mechanizm ma w sobie też programowanie naszego mózgu, zalewanie go odpowiednią chemią, by czuł i myślał o tym, co ma wygrać, a nie o tym, że nadejdzie śmierć. Widać to w niepohamowanej chęci życia, którą mają dzieci. W potrzebie budowania związków, posiadania rodziny. Nawet starsi i schorowani ludzie, często cierpiący, z jakiegoś niezrozumiałego powodu wciąż mówią, że chcieliby jeszcze trochę pożyć. 

Widać to również wtedy, gdy zmienia się chemia mózgu i nagle człowiekowi nie chce się żyć. Jak choćby w depresji. Przecież, gdy ktoś jest chory na depresję, to nic w świecie się nie zmienia, wciąż istnieją zagrożenia i szanse. Ale motor się wyłącza i nic nie działa. Funkcjonowanie tego motoru jest tak silne, że większość ludzi umiera bez świadomości umierania.

Wszystko wskazuje na to, że planowanie życia z perspektywy śmierci wymaga włączenia się w myślenie duszy, a nie tylko biologii. Zwierzęta żyją jak się da, a potem umierają. A człowiek żyje, by po śmierci dalej żyć. Powinien się więc „ogarnąć” i formować swoją biologiczność tak, by stawać się kimś więcej niż zwierzęciem. By w jego życiu wydarzyło się coś więcej niż tylko biologiczne życie. 

Ks. Jacek WIOSNA Stryczek

http://www.dziennikpolski24.pl/felietony/a/jesli-umre,12204005/

© Ks. Jacek Stryczek
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci